czwartek, 16 lipca 2015

500.

każde z moich zauroczeń kończyło się katastrofą. choć te katastrofy zawsze kończyły się delikatniejszym upadkiem od tego jedynego kanionu smutku, zazdrości i rozpaczy kiedy pierwszy raz się zakochałam.

był to zgoła nieodpowiedni wybranek, nie szanujący nikogo i niczego. nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że ten cholernik okręcił mnie sobie wokół palca, a broniłam się zaciekle, i przestał się interesować. zostałam na lodzie z krwawiącym sercem, które oddałam pomiotowi szatana co kleił się do każdej napotkanej dupy. czysto przyjacielsko, jakżeby inaczej. oglądając te jego wyczyny zżerała mnie zazdrość jakiej ma nadwątlona pewność siebie nigdy jeszcze nie zaznała.

potem błagałam już tylko o szybkie pchnięcie nożem, które zakończyłoby katusze związane z niewątpliwym strzałem w kolano, szczeniacką miłością zwieńczoną jakże uroczystym papierosem i przejazdem autobusem. od tamtego czasu się nie widzieliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz